Być dla innych – o jezuitach w pigułce

(fot. Lawrence Lew /flickr.com/lic. CC)

(fot. Lawrence Lew /flickr.com/lic. CC)

Gdy papież Paweł III zatwierdził w 1540 r. Towarzystwo Jezusowe, było ono tylko małą grupką przyjaciół, którzy chcieli wspólnie żyć i pracować na większą chwałę Bożą. Nic nie wskazywało na to, że podjęte przez nich działania przyniosą tak wielkie owoce.

Nauczanie prostych ludzi katechizmowych prawd, udzielanie ćwiczeń duchownych, nauk czy rekolekcji, posługa przy ubogich i opuszczonych, były dobrze znane ówczesnemu światu. Dlatego z ludzkiego punktu widzenia błyskotliwy rozwój młodego zakonu w latach 1540-1773 można uznać za wielki sukces. Jezuickie zaangażowanie misyjne aż do kasaty wprawiało w podziw nie tylko strukturę kościelną, ale i przedstawicieli ówczesnych monarchii europejskich. Kolegia Towarzystwa cieszyły się renomą i prestiżem, nie będąc tylko „zwykłymi szkołami”, ale miejscem kształtowania postaw religijnych i patriotycznych, miejscem wychowania do odbioru (czasami tworzenia) kultury i sztuki.

W dzisiejszym świecie sukces mierzy się zdobytymi fortunami, liczbą sprzedanych produktów, globalnością marki. Te współczesne miary nie do końca przystają do obrazu Towarzystwa Jezusowego. Owszem nie brakuje w historii jezuitów, wielkich ludzi, odniesionych sukcesów, wspaniałych odkryć naukowych, wybitnych artystów, ale to wszystko nie miałoby sensu, gdyby nie odnosić tego do wymiaru nadprzyrodzonego. Szybki rozwój zakonu stanowił coś wyjątkowego w dziejach świata.

Tam jednak, gdzie wiele dobra, tam można także spotkać się z ludzką zawiścią i małością. Nie wszystkim odpowiadał uniwersalizm propagowany przez Towarzystwo. Nie brakowało wrogów zakonu, którzy skrzętnie wykorzystywali każde potknięcie, aby zdezawuować trud misyjnej posługi. Oświeceniowy nurt ogarniający XVIII-wieczną Europę dążył do zmarginalizowania znaczenia Kościoła i papiestwa. Przeszkodą na tej drodze wydawało się być Towarzystwo Jezusowe. Dwory burbońskie, sprzyjające nowym prądom filozoficznym, stały się więc miejscem licznych intryg przeciw jezuitom. Nieprzychylność władców, konfiskaty dóbr, ograniczanie przywilejów nadanych wcześniej wykorzystywano jako metody presji politycznej na zakon.

Pomimo trudności, jezuici przez cały czas starali się być wielcy dla wielkich i mali dla maluczkich. Pragnęli głosić orędzie Dobrej Nowiny każdemu – czy to w paragwajskiej wiosce, czy na dworze królewskim. Czynili to nie dla własnego poklasku, ile kierując się zasadą wyznaczoną przez św. Ignacego, aby wszystko czynić na większą chwałę Bożą.

Tak niestety już jest w historii, że to, co piękne i wielkie, często konfrontuje się z tym, co małe i przyziemne. Na pewno nie brakowało w działaniach poszczególnych jezuitów wypaczeń i nieporozumień. Na pewno nie ustrzeżono się błędów na polu edukacji czy misji. Także kierowanie tak wielkim organizmem, jakim było wówczas Towarzystwo Jezusowe, wymagało wręcz heroiczności. Warto bowiem wspomnieć, że Towarzystwo sprzed kasaty, co wiemy na podstawie dokumentów z roku 1749, liczyło 35 prowincji, 670 kolegiów i przeszło 22 tysiące jezuitów rozsianych po całym świecie. Ogrom ludzi i dzieł robił wówczas wrażenie.

Niestety, to wszystko zostało przerwane brewe kasacyjnym papieża Klemensa XIV w roku 1773.

Tak dobiegła końca pewna historia. Jednak ten „koniec” okazał się paradoksalnie „nowym początkiem” oczyszczającym jezuitów, aby ich działania na większą Bożą chwałę były milsze Bogu i bardziej służyły małym i wielkim tego świata.

O. Jarosław Kuffel SJ/ JNW numer 44